Milicjanci, ktorzy sie pozniej pojawili, nie wezwali karetki pogotowia. Pogotowie zawiadomila mieszkajaca w sasiedztwie lekarka, ktora widziala wypadek. Gdy Irena trafila do szpitala, wejscia do jej pokoju chronili nie milicjanci, a funkcjonariusze SB. Nie dopuscili do zapadlej w spiaczke Ireny nawet ojca Czumy, ktory przyszedl z ostatnim namaszczeniem.
Gdy po kilku tygodniach odzyskala swiadomosc, ordynator powiedzial jej, ze musi spedzic w szpitalu jeszcze wiele tygodni. Kilka dni pozniej poszedl na urlop. Jego zastepca, lekarz G. natychmiast kazal jej wynosic sie ze szpitala. Ponoc, jak stwierdzil: "brakuje lozek".
Milicjanci
Dyscyplinarka za... uszkodzenie blotnika
Gdy przebywala w szpitalu owczesny jej szef zwolnil ja dyscyplinarnie z pracy. A milicja wytoczyla jej sprawe przed Kolegium ds. Wykroczen o "uszkodzenie prawego blotnika" syrenki, ktora w nia uderzyla.
- W kolegium odwolawczym tylko dzieki odwadze pewnej dziewczyny, ktora tez byla na pasach i zeznala, jak bylo naprawde, wniosek milicji umorzono - wspomina ze wzruszeniem tamta kobiete.
Oddala sprawe do sadu przeciwko zakladowi pracy, ktory ja zwolnil. Dowiedziala sie, ze stalo sie to na kategoryczne zadanie SB.
Jej stan nadal byl ciezki. W szczecinskich szpitalach, mimo ze byla juz Solidarnosc, nie bardzo chcieli ja leczyc. Jezuita Czeslaw Bialek z Poznania zalatwil jej dalsze leczenie w Poznaniu u prof. Degi. Wczesniej trafila na wstepne badania do Pily. Gdy tamtejsi lekarze wyjmowali z nogi tkwiace w niej zbyt dlugo "zelastwo", byli przerazeni. Skwitowali to dosadnie: - Ale ci spieprzyli noge!